Szczenięta rasowe tanio

Historia typowa. Facebook, udostępniony pies, wydarzenie dramatyczne, opis dramatyczny i ogólnopolska akcja – też dramatyczna. Zgłaszam się. Ja wezmę psa… Kilka dni później dzwoni do mnie koordynator adopcji. Uprawiamy dialog. Zaproponował mi innego psa. Jest labrador do wzięcia. Stara suka, z guzem, trudnoadopcyjna, bo niewyględna. Pięknie chodzi na smyczy, przyjazna, nie pilnuje miski, nie pije, nie pali. Nie zje mi dziecka. Wizyta przedadopcyjna, śródadopcyjna i po wizycie. Zostałam ja i mój inwentarz.

– Wiesz mamo, nie zostaniemy u Was na weekend – dzwonię do rodzicielki
– Boooooooo?
– No bo … bo… bo … bo my mamy psa w domu…
– Jakiego psa wy macie? Wzięłaś jakiegoś psa? Czy ty jesteś stuknięta?
– On umiera. Ja musiałam.
– Ręce mi do ciebie opadają!

 

Przyjechali. Weszli. Na dywanie leżało wielkie, czarne, bezkształtne futro. Podniosło się. To była Ama. Labrador, lat 7. Miała w sobie to coś, co wycisza i ustawia do pionu – etycznego pionu. Była pogodzona ze sobą i ze światem. Podniosła się. Zamilkli. Ojcu zaszkliły się oczy, a matka drżącą dłonią sięgnęła po papierosa.

– To trzeba operować. Kto za to zapłaci?
– Fundacja, z której mam psa…


Nie było żadnej fundacji. Byłam ja, guz i Ama. Ojciec jeździł z nami na badania. W zależności od diagnozy albo zasępiał się albo ruszał wąsem z zadowolenia. Badania krwi, diagnozy, ogólnopolskie konsultacje specjalistyczne, biopsje, krzywa „K” robiona z dnia na dzień. Wyznaczono termin i miejsce usunięcia guza – Ambulatorium Kliniki Chirurgii przy Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu.

Przy operacji asystowali studenci, bo czegoś takiego jeszcze nie operowali na tej uczelni. Moje futro leżało. Czarne, nieobecne i tylko moje. Zrobili zdjęcia, udokumentowali, podpisałam świst, że w pełni świadoma konsekwencji, zgadzam się na operację… Wpadłam w dziurę czasową. Z letargu wybudził mnie chirurg, który filetował mi psa. Weszłam do ambulatorium. Pod kaloryferem leżało chude, łyse, obciągnięte żółtym bandażem coś. Miało tylko oczy, które znam. Usiadłam obok niej. Siłą woli wpełzła na moje kolana. Siedziałam i płakałam. Chyba ze szczęścia. Nie wiem.
– Wypreparowaliśmy z jednego cięcia. Zrobiliśmy też plastykę podbródka… – powiedział dosiadający się do mnie chirurg. Tłumaczył. Nic nie zapamiętałam. Pokazał, jak działa korek do psa i kiedy go odkręcać. Wystawili mi jakiś śmieszny rachunek na śmieszną kwotę… Chciałam dopłacić, bo zabieg miał kosztować 3 razy więcej. „Do domu. Odpocząć i nie płakać.” Dał kopa. Na szczęście. I antybiotyk… Na 3 dni. Histopatologia wykazała niezłośliwą zmianę nowotworową. Wygrałam.

Zaangażowana w labradorową społeczność, zobaczyłam na forum zdjęcja ze zlikwidowanej hodowli w Drzonku (Grudzień2011 r.). Psie zwłoki, psie szkielety, cierpienie i samotne czekanie na pomoc, która nigdy nie nadeszła. Takie pseudohodowle to norma – usłyszałam. Jakie pseudohodowle? Co to w ogóle jest pseudohodowla? Co ty w ogóle bredzisz? Gotowało się we mnie. Nadwyżki finansowe przelałam na leczenie ocalałych psów, ale nie dawało mi spokoju, że o rzeczy tak oczywistej nie mówi się głośno.
– Może Ci ludzie nie wiedzą, że tak to wygląda…? Może oni tylko nie wiedzą, że to się dzieje? Może nikt im nie powiedział?

Uwielbiam swoją wiarę w ludzi.
Jestem wierząca w nich do tego stopnia, że aż momentami naiwna.

 

Siedziałam z dzieckiem w przychodni. Starsza pani pomstowała na NFZ, na kolejkę, na jednego lekarza na całą przychodnię, na cięcia budżetowe. „Psia mać! Człowiek tu zdycha jak pies pod płotem”
– psia mać!
– stało sie coś? – sms zwrotny
– nie mam gdzie zapisać; potem ci opowiem

 

Robiliśmy gazetę promocyjną dla hipermarketu. Z tyłu głowy ciągle miałam umierające psy. Sprawdzałam ostatni raz pliki przed drukiem. Wyprzedaż. Czyszczenie magazynów. Promocja do wyczerpania… BĘC! Kolektor maszyny losującej wypluł z mojej głowy zdania:

SZCZENIĘTA RASOWE. TANIO*
*PROMOCJA TRWA DO WYCZERPANIA SUKI.
NIM KUPISZ SZCZENIAKA, SPRAWDŹ WARUNKI,
W JAKICH ŻYJE SUKA, KTÓRA GO URODZIŁA.

W marcu 2012 kolejna interwencja. Radomierz, wioska za Jelenią Górą. Fantazyjny rolnik i poprzywiązywane do maszyn rolniczych zagłodzone i zamarzające psy. Mróz minus 30. Jakby tego było mało, w szopie od 2 lat dogorywał zaspawany w dwumetrowej klatce kaukaz.  Moje palce bez konsultacji z mózgiem napisały maila: Jak to rude jest wolne, to ja biorę….

W środku nocy przyjechał do nas losowo wybrany cień psa. Wychudzony, zastraszony, dziwny, trudny, płochliwy, spał z otwartymi oczami. Nie jadł, nie pił, nie sikał. Miał lęki separacyjne. Bał się wszystkich i wszystkiego. Zjadł mi podłogę w kuchni, wydrapał dziurę w drzwiach, stawał na kuchennym stole, żeby lepiej widzieć, co robię. Na spacerach polował na myszy.

– Tak mamo, przyjedziemy do was… – odpowiedziałam wywracając oczami do głosu w telefonie – Zaś będzie dym…

Z dworca odebrał nas mój ojciec. Widząc z daleka, że prowadzę dwa psy, z odległości jakichś 100 metrów wywrzeszczał moralitet na temat braku piątej klepki i mojej ogólnej głupoty. Dokonał też aktu samobiczowania. Monolog dotyczył głównie porażek pedagogicznych, jakie ewidentnie popełnili w stosunku do mojej „nieodpowiedzialnej” osoby… Całość – ku uciesze mijających go ludzi – wzbogacił wyrazami uznawanymi za wulgarne… Towarzyszyła temu dość monotonna choreografia.Na zmianę pukał się w czoło i rozkładał ręce w geście bezsilności. Trzeba przyznać, że ma talent sceniczny. Exodos i fatum jak w tragedii antycznej. Przepowiedział, że skończę jak Villas. Mam nadzieję, że nie chodziło mu o włosy…

Mamy rok Pański prawie 2014. Żyję w krainie odkurzaczy, rolerów do odmeszania ubrań i ukradkiem zamiatam klatkę schodową, żeby mieszkający tu panowie prawnicy nie czuli się niekomfortowo. Mam jednego psa. Pies ma 8 nóg. Jest zdalnie sterowany wyrazem twarzy – głównie mojej. Temat zbędności psów w moim życiu przestał być poruszany przez kogokolwiek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.